Macierzyństwo niejedno ma imię

Asia mówi: moja droga do macierzyństwa na pewno nie była łatwa.

Asia to kobieta bliska mojemu sercu. Jej droga do samej siebie jest dla mnie prawdziwą inspiracją. Jestem jej wdzięczna, że zgodziła się podzielić swoim doświadczeniem. Moment, w którym rozmawiamy jest dla niej i jej rodziny wyjątkowy. Nowy dom, nowy etap w życiu, ale przede wszystkim nowy, mały człowiek, którego przyjęli do rodziny.

Długo rozmawiałam z Asią o blaskach i cieniach macierzyństwa

W jakim momencie życia teraz jesteś?

To pytanie, które mnie prześladuje od kilku miesięcy i cały czas odkrywam dla siebie nowe odpowiedzi. Jestem w dość szczególnym momencie życia. Właściwie wszystko zmieniłam lub zmieniam. Takim punktem zwrotnym dla mnie były problemy zdrowotne, które mogę powiedzieć z perspektywy kilku lat, zatrzymały mnie w pędzie życia i wymusiły te pierwsze zmiany – inny styl odżywania i dbania o siebie, wsłuchiwania się w moje ciało i zaopiekowania się nim. Ale poza tym mocno dojrzałam i doceniłam to, co mam i przede wszystkim kogo mam w swoim życiu. Postawiłam też na siebie i odkrywanie siebie. Od roku w naszej rodzinie jest kolejna cudowna istota, która mocno przewróciła do góry nogami moje życie. Idąc za ciosem zmieniliśmy mieszkanie, bo było za małe, przeprowadziliśmy się do innego miasta, gdzie jest wolniej i wreszcie dokonuję zmian zawodowych, żeby móc połączyć macierzyństwo z pracą. Wszystko dzieje się lawinowo, ale tak miało być. Sama mi jakiś czas temu powiedziałaś, że ostatni rok jest dla mnie przełomowy i faktycznie coś w tym jest. Słucham, obserwuję i idę za tym, co mi się pojawia w życiu. Teraz mam czas działania.

Czy jest ktoś, kto był dla Ciebie inspiracją?

Ten rodzaj pytań jest dla mnie zawsze najtrudniejszy. Od niedawna wiem dlaczego. Miałam to szczęście, że zrobiłam badanie, które wskazuje naturalnie talenty, a jednym z moich najmocniejszych talentów jest indywidualizacja. Różnice między ludźmi, ich unikalność i niepowtarzalność – udaje mi się w napotkanym człowieku zobaczyć coś co mnie zainteresuje, często porusza. Daleka jestem od idealizowania czy stawiania kogoś w roli mojej największej inspiracji. Wiem tylko, że jak ma się włączony radar na odbieranie, uczenie się od ludzi, każdy dzień może przynieść coś nowego.

Czym jest dla Ciebie dojrzała kobiecość?

To dla mnie chyba moment w życiu kobiety, kiedy wszystko to, co jest dla niej drogowskazem, odpowiedzią i inspiracją ma przede wszystkim w sobie. Nie musi już tak często szukać uwagi, aprobaty czy docenienia w świecie zewnętrznym. Kreuje swój świat, podąża obraną ścieżką i naturalnym rytmem życia – wie kim jest i po co jest na tym świecie i czuje się z tym dobrze! Może to daleka od rzeczywistości wizja, ale mnie mocno pociąga.

Jak wyglądała twoja droga do macierzyństwa?

Moja droga do macierzyństwa nie była łatwa, to na pewno. Cały czas jest to temat, który powraca, mimo że już jestem mamą od wielu miesięcy – mamą adoptowanego chłopca. Jestem osobą, która na co dzień raczej jest optymistką, więc trzymałam się dzielnie, ale czas, w którym intensywnie się leczyłam, odbywałam wizyty lekarskie i właściwie większość czasu myślałam tylko o tym, czemu znowu nie udało nam się zajść w ciążę, nie był najszczęśliwszym okresem w moim życiu. Trwało to długo – 7 lat. Cieszę się, że tylko tyle i że znaleźliśmy w sobie jako rodzina siłę, żeby zdecydować się na inną drogę. Mieliśmy dużo szczęścia, bo trafiliśmy na wyjątkowych ludzi, wrażliwych i z misją pomagania i nasz synek jest zdrowy. W czasie, kiedy przygotowywaliśmy się do adopcji, że względu na to, że ośrodek adopcyjny był w innym mieście, odbyliśmy wiele podróży i przegadaliśmy setki godzin z moim mężem. To był rok, kiedy najwięcej w życiu nauczyłam się o sobie i odpowiedziałam sobie na najważniejsze pytania. Może nigdy nie byłabym w tym punkcie życia, gdybyśmy tego nie przeżyli. Rodzicielstwo to duże wyzwanie i zawsze wiąże się z ryzykiem i chyba nie ma znaczenia czy nasze dziecko jest biologiczne czy adoptowane. Ale cały czas nie zmieniłam zdania, co to tego, że adopcja jest szczególna, bo tu my sami świadomie decydujemy, na co jesteśmy gotowi, jakim dzieckiem będziemy potrafili się zaopiekować, na jakie kompromisy np. w przypadku chorób i obciążeń dziecka mogę się zgodzić. To jest mieszanka wybuchowa – bardzo racjonalnych i emocjonalnych elementów, które musisz rozważać. I jedna wielka niewiadoma. Nie ma właściwie chwili błogiego oczekiwania na cud, poczucia, że mam kontrolę. I dla kogoś, kto jest małym kontrolfreakiem jak ja, to było obciążające. Niemniej jednak było warto i to jedna z tych decyzji, z których jestem najbardziej dumna.

Co chciałabyś powiedzieć kobietom, które rozważają adopcję?

Spróbujcie i poszukajcie odpowiedzi czy to droga dla Was i Waszej rodziny. To klucz, czy Ty i Twój partner (w Polsce niestety tylko mąż i to z kilkuletnim stażem), jesteście gotowi na adopcję i czy chcecie spróbować. Czy jesteście gotowi, by wychowywać dziecko, które zawsze będzie miało dwie pary rodziców i to będzie cześć jego historii. Ja sama, jak czasem myślę o przyszłości, mam sporo obaw, ale na tym etapie obrazek ten przesłania mi codzienność i poznawanie się.

Co Cię nakręca, interesuje?

Najbardziej nakręca mnie uczenie się nowych rzeczy. Jedną z takich moich ostatnich miłości jest malarstwo. I to Ty jesteś sprawczynią całego zamieszania. Kilka lat temu namówiłaś mnie na niesamowity kurs malarski i od pierwszych zajęć wiedziałam, że to taka aktywność, która nie dość, że mnie wzbogaca, jako człowieka, to jeszcze daje duże pole do rozwoju. Jak teraz przeglądam zdjęcia moich obrazów, to widzę, że te godziny z pędzlem zaprocentowały i jestem szczęśliwa, że mimo wielu obowiązków z małym dzieckiem i pracą, znajduję czas na malowanie. To taki czas dla mnie, oderwanie głowy, forma medytacji. Dopiero po kilku dniach dochodzi do mnie co na danym obrazie jest i jaki kawałek siebie tam zostawiłam. Lubię wszystko to, co wiąże się z kreacją – od zawsze interesowałam się muzyką, wnętrzarstwem, dużo czytam. Kocham podróże i pyszne jedzenie i rozmowy przy winie w babskim gronie. Lubię też wiedzieć, jak o siebie dbać i żyć zdrowo, ale nie jestem ortodoksyjna w tym temacie.

PRZECZYTAJCIE TAKŻE: Wywiad z Agnieszką Liszką-Dobrowolską. Była pracownica korporacji, była minister w rządzie, aktualnie odkrywa biznes w internecie i opowiedziała mi o życiowych zmianach, trudnych wyborach i podążaniu własną drogą.

Kot i pies należą oczywiście do rodziny

Jak znajdujesz równowagę między życiem zawodowym, rolą żony i mamy a swoimi zainteresowaniami? Jak to godzisz?

Nie godzę i nie do końca sobie z tym radzę. To jest największa moja frustracja, bo tyle rzeczy bym chciała zrobić, mam tyle pomysłów, ale nie da się wszystkiego pogodzić. Już nie wierzę w magiczne rozwiązania i strategie. Życie to zweryfikowało. Teraz szukam w sobie cierpliwości, żeby ten czas dobrze przeżyć i nie żałować, że na jakimś polu, może nie dzieje się tak jakbym chciała. Na wszystko przyjdzie czas – „ciesz się tym co masz teraz” – to moja mantra.

Pogadajmy trochę o babskich sprawach. Jak określiłabyś swój styl? Co w modzie Cię inspiruje?

Łączę skrajności – coś eleganckiego ze sportowym, stonowane kolory z bardzo ekscentrycznym dodatkiem, stare z nowym. Nie mam jednego stylu, choć najbliżej mi do stylu francuskiego. W mojej szafie mam chyba tylko jedną parę szpilek, ale za to dużo torebek i płaszczy. Jestem zachwycona nowym trendem w modzie i mediach, który promuje naturalność i różnorodność. Uwielbiam patrzeć na ludzi na ulicy i analizować co mi się w nich podoba, co ich wyróżnia, szukać takich małych atrybutów piękna – piegów, dziurek w policzku, burzy loków, pięknie dobranej biżuterii. I chyba taki jest mój styl – wygodny, świadomy w kwestii koloru i kroju z kreatywnym dodatkiem.

Jak o siebie dbasz? Jaka jest twoja ulubiona forma pielęgnacji? Może masz swój urodowy sekret?

Teraz dbam o siebie mniej, niedosypiam i zeszło to na dalszy plan. Ale jakbym miała wskazać kilka elementów, które moim zdaniem bardzo wpływają na samopoczucie i wygląd, to na pewno sen, zdrowe jedzenie, brak używek i spokój, który rozumiem jako niski poziom stresu w życiu. Jak któryś z tych elementów tracę z mojego radaru i zaniedbuję, to od razu gorzej wyglądam. Obserwując siebie doszłam też do tego, że im mniej kosmetyków, tym lepiej. Im mniej makijażu (poza moją ukochaną różową szminką), tym lepiej. W gorsze dni zajmuję głowę innymi tematami i nie użalam się na tym, że czas leci i już nie będę wyglądać jak 10 lat temu :).

Bardzo dziękuję za rozmowę. Zdradzę jeszcze, że wszystkie obrazy na zdjęciach są autorstwa Asi, a kot i pies należą oczywiście do rodziny :).


0 Komentarzy13 Minuty

Maroko – kraina jak z baśni, dlaczego warto ją zobaczyć

Marrakesz oszałamia feerią barw. Palone róże, błękity, kobalty.

Maroko skradło moje serce. Ta czarodziejska kraina, jak z baśni tysiąca i jednej nocy, uwodzi wszystkie zmysły. Wonne olejki i aromaty przypraw, magiczne kolory, opowiadacze baśni i etniczna muzyka lokalnych zespołów. Do tego przyjaźni i gościnni Marokańczycy. Lista nie ma końca, dlatego chciałabym się z Wami podzielić tym, co dla mnie było najważniejsze.

Przyprawy na najsłynniejszym bazarze świata souk, Jemea el-Fna
Maroko Marrakesz wschód słońca
Ulice Marakeszu dają schronienie przed upałem

Oto moja subiektywna lista powodów, dla których warto odwiedzić Maroko.

1. Nadmorskie miejscowości – dla szukających magii i relaksu

Cisza, spokój i błogi relaks. Taghazout to idealne miejsce nie tylko do serfowania

Cisza, spokój i błogi relaks. Taghazout to idealne miejsce nie tylko do serfowania.

Choć Maroko kojarzy się przede wszystkim z egzotycznymi bazarami i wyrafinowaną architekturą, jest także idealnym miejscem na wypoczynek.

Pojechałam tam z przyjaciółką i obie bardzo potrzebowałyśmy relaksu po dość stresującym roku. Dlatego, zanim wyruszyłyśmy do Marrakeszu, który był główną atrakcją w naszym planie, postanowiłyśmy podarować sobie kilka dni błogiego wypoczynku.

Idealnym miejscem okazała się mała nadmorska miejscowość Taghazout.

To dawna wioska rybacka leżąca 20 kilometrów na północ od Agadiru. Lśniące w słońcu błękitne i białe domy, wąskie uliczki, małe sklepiki i lokalne knajpki – te wszystkie atrakcje można zobaczyć w ciągu zaledwie 15-minutowego spaceru. Taghazout, choć jest niewielką miejscowością, daje przedsmak marokańskiej kultury. Typowe marokańskie domy, meczet, sklepiki z rękodziełem i małe budki z pysznym lokalnym jedzeniem. A wszystko to bez tłumów, zgiełku i hałasu.

Taghazout to przedsmak marokańskiej kultury

Wąskie uliczki, wszędobylskie koty i wielbłądy przy plaży ?. A po spacerze można spróbować miętowej herbaty – najbardziej popularnego marokańskiego napoju.

Największą zaletą tego miejsca jest jednak ciągnąca się przez ponad 6 kilometrów piaszczysta plaża. Nie ma tu dużych hoteli i typowego turystycznego zgiełku. O wschodzie słońca można pójść na zajęcia jogi, a w ciągu dnia cieszyć się słońcem i urokami plaży. Ogromne fale przyciągają serferów z całego świata, ale dla mnie był to przede wszystkim punkt widokowy na piękne zachody słońca.

Maroko, magiczne zachody słońca na plaży

Magiczne zachody słońca i niezliczone okazje do zrobienia pięknych zdjęć. No i w tym świetle przepięknie lśni „ręka Fatimy” – amulet, który ma chronić przed „złym okiem” oraz przynieść błogosławieństwo, moc i siłę.

2. Magiczny Marrakesz – feeria barw i najsłynniejszy na świecie bazar

Marrakesz położony jest u podnóża ośnieżonych gór Atlas. Z Taghazout można tu dojechać w 3 godziny. My dotarłyśmy tam autobusem.

Jeśli któraś z Was zdecyduje się na podróżowanie po Maroko autobusem, polecam firmy: CTM i Supratours . Obydwie zostały przez nas sprawdzone i z ręką na sercu mogę je polecić. Rozkład jazdy sprawdza się na stronie internetowej tych przewoźników, a bilety kupuje się na dworcu (w przypadku Agadiru jest to Gare Routiere na Avenue Abderrahim Bouabid). Trzeba tylko uważać, żeby nie wsiąść do lokalnego autobusu, bo zatrzymuje się na wszystkich przystankach i jedzie 5 godzin. Po drodze mogłyśmy zobaczyć niezwykłą atrakcję – kozy na drzewach araganowych, podobno taki widok jest tylko w okolicach Agadiru. Niestety nie zdążyłam zrobić zdjęć.

Sam Marrakesz oszałamia feerią barw. Palone róże, błękity, kobalty…To naprawdę niezwykła uczta dla oczu.

Główną atrakcją Marrakeszu jest Medyna, czyli najstarsza część Marrakeszu.  Znajduje się tu kilka imponujących zabytków pochodzących z różnych okresów, no i oczywiście najsłynniejszy na świecie targ.

Souk najsłynniejszy bazar świata

Minerały, przyprawy, soczyste owoce i przyjaźni sprzedawcy i wiele innych atrakcji można zobaczyć na najsłynniejszym bazarze świata

Centrum medyny stanowi olbrzymi plac Jemaa el-Fna. Właśnie tam mieści się najsłynniejszy na świecie targ, czyli souk.

Możemy kupić tu niemal wszystko. Przyprawy (ja kupiłam mieszankę przypraw do tradycyjnej marokańskiej potrawy tażin i oczywiście szafran), owoce (tak pięknych nie widziałam jeszcze nigdy!!), warzywa, olejki (w tym słynny marokański olejek araganowy), rękodzieło, ceramikę i przepiękne tkaniny (naszą uwagę zwróciły szczególnie dywany i szale). Moja przyjaciółka akurat była na etapie urządzania nowego mieszkania, kupiła dywan i lampy w bardzo atrakcyjnych cenach. I tak – należy się targować!!! Po pierwsze dlatego, że taka jest tradycja (choć do dobrego tonu należy, żeby targ zakończyć zakupem), po drugie wyjściowe ceny są naprawdę mocno zawyżone. Na przykład szal, którego pierwotna cena wynosiła 600 dirhamów, można było ostatecznie kupić za 100 dirhamów, (1 marokański dirham to ok 0,39 zł lub 0,09 euro).

Souk to także miejsce, gdzie można spróbować specjałów marokańskiej kuchni. Najsłynniejszy jest tażin (tadżin) – sycące danie z duszonych warzyw i mięsa, najczęściej jagnięcego, zamknięte w glinianym naczyniu z charakterystyczną stożkową przykrywką.  

Warto wiedzieć, że marokańskie potrawy stanowią często mieszankę smaków słodkiego i pikantnego i są mocno doprawione ziołami i przyprawami – cynamonem, imbirem, szafranem, kminkiem, kurkumą i pieprzem.

Tażin specjał marokańskiej kuchni

Po zwiedzeniu słynnego targu zatrzymałyśmy się na tażin – specjał marokańskiej kuchni

Gdy zapada zmrok to miejsce zmienia się nie do poznania.  Rozświetlają się setki lampionów, a plac zamienia się w centrum kulturalne – występują tu akrobaci, grajkowie i śpiewacy.

3. Riady – nocleg w bajkowej scenerii

Będąc w Marrakeszu, postanowiłyśmy się zatrzymać w riadzie. To tradycyjny, marokański dom, z wewnętrznym ogrodem lub patio, bez dachu. Ten, w którym nocowałyśmy, miał także basen. Architektura riadów ma związek z kulturą islamu. Takie budownictwo sprawiało, że kobiety nie musiały opuszczać domów: miały w nim zapewnioną prywatność, a jednocześnie była to namiastka zewnętrznego świata. Wszystkie pokoje w riadzie mają wyjścia na dziedziniec, gdzie jest zawsze trochę chłodniej. Dzięki temu przebywanie tam przyjemnie chłodzi, nawet w największy upał. Nasz hotel, mimo, że był ulokowany w samym centrum medyny, był bardzo cichy i spokojny. Typowa marokańska architektura, piękne kolory, znakomita kuchnia i naprawdę gustowne pokoje sprawiły, że czułyśmy się tam jak w raju. Dodatkowym atutem okazał się piękny taras na dachu budynku, z którego mogłyśmy podziwiać panoramę Marrakeszu oraz wschody i zachody słońca.

Riad to tradycyjny marokański dom z wewnętrznym ogrodem lub patio bez dachu

Typowe dla Maroka kolory i architektura, pokoje z witrażowymi oknami i tarasy na dachu hotelu. To naprawdę warto zobaczyć!

4. Świątynia piękna i mody – ogrody Jardin Majorelle i Muzeum Yves Saint Laurenta

Jardin Majorelle w Marrakeszu to jeden z najsłynniejszych ogrodów na świecie. Jego nazwa pochodzi od nazwiska założyciela, francuskiego malarza Jaquesa Majorelle. W 1980 roku kupił go Yves Saint Laurent wraz ze swoim partnerem Pierre Bergé. Znajdują się tam niezliczone gatunki egzotycznych roślin, fontanny i przepiękne muzeum kultury berberyjskiej, w którym odtworzono wygląd i klimat nocnej pustyni pod rozgwieżdżonym, czarnym niebem (niestety w środku nie można robić zdjęć).  

W tym magicznym ogrodzie, na powierzchni aż jednego hektara, można zobaczyć różne gatunki palm i kaktusów, oczka wodne z pływającymi liliami, kwiatami lotosu i złotymi rybkami, a wzdłuż ogrodu zaaranżowany został las bambusowy. Bajkowy charakter podkreślają niesamowite kolory, charakterystyczne dla tego miejsca – intensywny kobalt z akcentami żółtego.

Ogród Majorelle i Muzeum Yves Saint Laurent sztuka i moda

Ogród Majorelle i Muzeum Yves Saint Laurent to punkty obowiązkowe dla wielbicieli sztuki i mody

Niedawno, bo w październiku 2017 roku zostało otwarte muzeum Yves Saint Laurent, poświęcone temu słynnemu artyście i projektantowi mody.

Niestety także tam nie wolno było robić zdjęć. Jednak gorąco Wam polecam to miejsce. Przylega ono do Jardin Majorelle i jest co najmniej równie piękne, a na pewno niesamowicie inspirujące.

 „Marrakesz nauczył mnie kolorów”, mawiał Saint Laurent. „Przed nim wszystko było czarne”. Muzeum Yves Saint Laurent wykrojono (tak jak robi się wykrój sukni ?) z kamienia. W kosztującym 17 milionów dolarów budynku z terakoty zgromadzono ponad tysiąc eksponatów związanych z życiem i twórczością wielkiego krawca: ubrań, dodatków, szkiców, zdjęć, obrazów i rzeźb. 

W muzeum znajduje się także księgarnia poświęcona artyście, wystawa jego grafik, a także sala kinowa, w której wyświetlany jest film o jego twórczości. Będąc tam, zrozumiałam, że dla Yves Saint Laurent moda była jedną z dziedzin sztuki, jak rzeźba czy malarstwo. Ubierał kobiety w piękno i pewność siebie, dowodząc, że najważniejszy jest styl i wierność sobie.

Na koniec, chciałabym się z Wami podzielić kilkoma praktycznymi informacjami, które być może się Wam przydadzą. Sama ich poszukiwałam, zanim pojechałam do Maroko

Maroko: Praktyczne porady i informacje

Kobiety w podróżymy byłyśmy bez męskiego towarzystwa i wiele osób nas przestrzegało przed niebezpieczeństwami. Ale czułyśmy się tam naprawdę bezpiecznie. Wszyscy byli mili i pomocni, nikt nas nie zaczepiał, ani nie napastował. Jednak przestrzegałyśmy pewnych zasad bezpieczeństwa. Nie wychodziłyśmy po zmroku w miejsca oddalone od turystycznych szlaków. W miastach ubierałyśmy się z szacunkiem do miejscowej kultury, bez dekoltów i odsłoniętych nóg.

Potrzebne dokumentyoczywiście paszport. Mi żaden inny dokument nie był potrzebny

Szczepienia – absolutnie nie są potrzebne

Jak tam dotrzećmożna na własną rękę samolotem do Marrakeszu lub z biurem turystycznym (np. Itaka, TUI). Na miejscu polecam autobusy linii CTM i Supratours lub wynajęcie samochodu.

Waluta – najlepiej wziąć euro i wymienić potrzebna kwotę na miejscu. Najkorzystniej jest to zrobić w banku. Mniejsze kwoty można także wymienić w hotelu lub sklepie, ale już po mniej korzystnym kursie.

Na co uważać – przede wszystkim na kwestie związane z higieną i jedzeniem. Absolutnie nie polecam pić niczego, co może być zmieszane z wodą niebutelkowaną (np. soki warzywne i owocowe). Warto wziąć ze sobą elektrolity, antybakteryjny żel, coś przeciwgorączkowego (ja się trochę przeziębiłam, ale nie wiem, czy na miejscu, czy w samolocie ?).

Jak się porozumiewać – Marokańczycy dobrze posługują się językiem francuskim i angielskim. Na bazarach możemy usłyszeć także rosyjski, niemiecki, a nawet polski :)

Co warto przywieźć – to już sprawa subiektywna. Maroko słynie z wyrobów skórzanych, tkanin (szczególnie dywanów), olejku araganowego, przypraw, wyrobów glinianych, biżuterii. Trzeba jednak uważać na jakość no i …nadbagaż ?. Ja postawiłam na kolekcjonowanie wrażeń, zamiast rzeczy. Zrobiłam tysiące zdjęć i to właśnie przywiozłam z baśniowego Maroka.

Na koniec chciałam Wam polecić magię w lokalnym wydaniu – bo nawet Kraków potrafi być magiczny, jeśli odpowiednio zaplanuje się tam wypad na weekend.


0 Komentarzy15 Minuty

Jak przywołać lato zimą

Róże bukiety pastelowe kolory

INSPIRACJA NA DZIŚ


Gdy za oknem szaro i buro, a na samą myśl o wyjściu na zewnątrz robi nam się zimno, w prosty sposób można zaprosić lato do naszego domu. Nastrojowe oświetlenie, ciepłe kolory we wnętrzu i piękne kwiaty w wazonie – te pozornie drobne rzeczy sprawiają, że świat od razu wydaje się piękniejszy i bardziej radosny.

W moim ogrodzie do późnej jesieni kwitną dwa krzaki róż. Najbardziej lubię te w delikatnych kolorach – morelowe, różane, różowe. Dlatego, gdy zobaczyłam takie, które łączą te wszystkie barwy, nie mogłam się oprzeć, żeby ich nie kupić. Moim zdaniem róże nie potrzebują dodatkowej ozdoby. Prezentują się pięknie solo, bez towarzystwa. Żeby dłużej zachowały świeżość w wazonie, pozbywam się dolnych liści. W przeciwnym przypadku, gdy łodyga z liśćmi ma kontakt z wodą, kwiaty zaczynają szybciej gnić i więdnąć.

No i sam proces kupowania kwiatów i tworzenia bukietów jest taki przyjemny! Od razu poprawia mi się nastrój.

Miłego i pięknego dnia Wam życzę!

PS. Zobaczcie też koniecznie, jak do dekoracji wnętrz wykorzystać supermodną ostatnio gipsówkę.

W moim ogrodzie do późnej jesieni kwitną dwa krzaki róż.
Róże bukiety

Podziel się!


4 Komentarze1 Minuty